Hanna Woźniak-Kwiatkowska ·
20.04.2026
Z pamiętnika "Mój Dany Mi Świat"
14,04,2026
Kiedy w tym roku na trawniku wiosną zakwitły krokusy, posadziłam je kilkanaście lat temu, serce z radości mi zabiło, że pomimo upływu lat, kwiatki te nadal tam są, kwitną, nie zostały zjedzone przez nornice.
Kwitnące krokusy, zawsze będą mi się kojarzyły z naszymi Tatrami z miłymi wspomnieniami.
A wspomnienia przeżytych bardzo dawno chwil, po raz kolejny i tym razem wróciły.
Sprawiły one, że znów poczułam dawną energię, serce mi się radowało, patrząc na kwiatki.
Widząc je, zawsze mam przed oczami, doliny Tatr obsypane krokusami „ciary”, swoje małe dzieci, wędrujące po górach , które zawsze szły przodem, wyznaczając tępo wędrówki.
Przez kilka lat wiosną, nie było wtedy tłumów w Tatrach, dzieci były małe, jeździliśmy do Zakopanego, chodziliśmy na szlaki , na czas, nie na przejście szlaków.
Zawsze gdy byliśmy w Zakopanem, kwitły wtedy krokusy.
Ja , będąc tam z dziećmi, widząc majestat , piękno gór miałam poczucie, że jestem lepsza niż jestem, że jestem jak ptak „wolna”, czułam się tam szczęśliwa, że doświadczam takich chwil.
Było to piękne czy irracjonalne odczucie? Prawdziwe, którego wspomnienie grzeje mi serce do dziś.
Nie zapomnę do dziś radości jaka towarzyszyła małym dzieciom na szlakach (może to samo co ja czuły?, bo chętnie jeździły, chodziły) a w uszach słyszę nutki śpiewanych piosenek przez idące przodem małe dziecko i ten nieokreślony rodzaj radości, energii, który wtedy zawsze nam towarzyszył.
Co roku zastanawiam się, czy posadzone przed laty„ krokusy” jeszcze raz zakwitną?
W tym roku kwitły
sprawiając mi radość serca , że ojejku.
Z Tatrami mam też inne wspomnienie, które nauczyło mnie pokory, poczucia odpowiedzialności, by nie przeceniać swoich możliwości, szacunku do gór, do natury.
Była wtedy pierwsza ustawowo wolna majówka.
Z dziećmi została babcia, po raz pierwszy bez dzieci, pojechaliśmy w Tatry by sobie pochodzić.
Mieliśmy ustalone trasy, między innymi by wejść i zejść na Suchy Kondracki Wierch.
Relaksik.
Była piękna pogoda, Słońce dopiekało, błękitne niebo, około południa znaleźliśmy się w wyznaczonym celu. Widok dech zapierał, góry były jeszcze ośnieżone,radość serce rozpierała, poczułam się jak ptak „wolna”, szczęśliwa, ze tam jestem, że doświadczam takiej chwili.
Byłam już po wędrówce, czego w euforii nie odczuwałam, ale tak szczęśliwa, że tam jestem, że szczypałam się czy to Real. Dziś wiem, że wtedy nie myślałam racjonalnie, byłam lekkomyślna.
Będąc na szczycie postanowiliśmy iść dalej, choć nie było to w planie, nie znaliśmy prognozy pogody, mieliśmy szlakiem z Suchego Kondrackiego Wierchu przejść na Kasprowy Wierch a potem zjechać kolejką linową z Kasprowego w dół do Kuźnic.
Byliśmy do wędrówki przygotowani.
Będąc w połowie drogi na Kasprowy, było już po południu, pogoda się zmieniła w jednej chwili znaleźliśmy się w chmurze, zrobiło się ciemno, szlak po którym szliśmy było widać na 4 metry .
Zbliżając się do Kasprowego Wierchu nie zaprawiona w „chodzeniu” po górach, byłam tak zmęczona, szliśmy w śniegu, że idąc, ze zmęczenia zasypiałam, zatrzymując się.
Wtedy jedyne o czym marzyłam to żeby odpocząć.
Dobrze, że nie byłam sama, bo prawdopodobnie bym tam została.
Szłam resztkami sił, co chwila budzona.
Gdy doszliśmy do szlaku narciarskiego biegnącego z Kasprowego, spotkaliśmy ludzi idących ze schroniska, którzy powiedzieli nam, że kolejka na Kasprowy ze względu na złą pogodę nie kursuje.
Nasza wędrówka na Kasprowy już nie miała sensu.
Zmęczona byłam, bardzo zmęczona.
Na trasie narciarskiej z Kasprowego, znalazłam się na plecaku, nie pamiętam bym kiedyś wcześniej była w takim stanie. Leżąc tam wtedy, przed oczami mignęły mi moje dzieci, chodzące po górach.
Nie wiem jakim cudem wykrzesałam w sobie siłę. Wiedziałam, że mam do nich wrócić .
Wzięliśmy się pod pachę by równo jak „dwa bałwanki „, a może rzeczywiście Bałwany, skulać się w dół po śniegu do schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej.
Gdy bezpiecznie „wylądowaliśmy” na kwaterze w Zakopanem, to co przeżyłam tam na górze wydawało mi się koszmarnym snem, którego dorosła kobieta, wydawało się racjonalna, odpowiedzialna matka dzieciom, doświadczyła.
Dziękowałam Panu Bogu , że cała i zdrowa wróciłam.
A Tatry-góry? od wtedy już zawsze wzbudzają we mnie nie tylko poczucie piękna, majestatu, radość, że je widzę, że tam jestem, ale też nauczyły mnie pokory, szacunku, rodzaju dystansu do ich potęgi, do natury i odpowiedzialności.
Obraz "Moje Góry" akryl.
Namalowany w Gliczarowie Górnym w czasie jednego z plenerów lekarzy malujących, jest taki jak czułam, czuję "moje góry"